Monthly Archives: October 2008

Powrót do Nowej Zelandii

Na lotnisku stałyśmy w kolejce d odprawy z zespołem Babyshambles, ha ha. W podróży Maya spała, mijałyśmy atole których nazwy nie możemy sobie przypomnieć i ogółem była wielka radość z powrotu do Kuby!!!

Dreamworld

Dreamworld to jeden z 4 głównych parkó atrakcji. Oprócz przejażdżek mrożących krew w żyłach jak jest tu też wyspa tygrysów, zwierzęta żyjące w Ausralii i atrakcje dla małych dzieci takich jak nasz mały Mayecznik.  Pod sam koniec, gdy udało mi się znależć nianię dla Mayi, poszłam na Giant Drop- siedzi się na ławce która unosi się 120 metrów nad ziemię a potrem raptownie opada na sam doł; Tower of Terror- wagon który po torze jest wystrzeliwywany na wysokość 120metrów z prędkością 160km/h, a potem opada w tył spowrotem do ziemi i The Claw- wielkie koło do którego cię przypinają i które obraca sie 9 pięter nad ziemią o 360 stopni, a oprócz tego w przód i tył z prędkością 75km/h. Hmm, długo by o tym gadać. www.dreamworld.com.au/content/drw_2008_standard.asp?name=ThrillRides

en z 4

Currumbin Wildlife Reserve

Po spokojnym poranku i zasłużonej drzemce, pojechałyśmy do Currumbin Wildlife Reserve. Zrobiłyśmy sobie zdjęcie z Koala, karmiłyśmy kangury i lory tęczowe i oglądałyśmy wombaty, emu, krokodyle i całą masę innych ciekawych stworów.

Fruit World

Dziś wybraliśmy się całą ekipą na plantację owoców. Ciekawe, bo plantacja w 90% utrzymuje się z turystów którzy ją odwiedzają, a nie z produkcji owoców, ale i tak było sympatycznie.

Odpoczynek

Maya obudziła się zmęczona. Plaża, basen i śniadanie wystarczyły, żeby ją zmęczyć. Jak się położyła spać, to wstała 5 godzin póżniej!. Zauważyłam w tym tygodniu, że Maya robi się bardzo przytulakowata. Obejmuje mnie rączkami i przytula buzię do mojej twarzy. Mhh, to bardzo sympatyczne :-)

Seaworld

Dziś pojechaliśmy do parku rozrywki Seaworld. Największą atrakcją jest pokaz delfinów. Jest również wybieg dla białych niedżwiedzi, które mają zapewnione warunki jak podczas arktycznego lata. Niedzwiedzie można oglądać rownież pod wodą, co jest całkiem zabawne, bo mają duże zady i wyglądają uroczo jak plyną ;-) Ekscytujący jest też basen tropikalny, wypełniony plaszczkami, rekinami i innymi rybami z Pacyfiku. Można go oglądać z pomostu oraz z pod wody.

 

 

Słońce!!!

Budzimy się rano i biegniemy na plażę, żeby się wykąpać, zanim zrobi się zbyt gorąco dla Mayi. Przyjemnie jest mieszkać tak blisko plaży, a do tego woda jest ciepla i dopisuje pogoda. Wzdłuż Gold Coast biegnie 50km plaży, wiec jest to raj dla serferów. Maya zdecydowanie woli basen, bo nie ma fal.

Broadbeach

Nasz hotel znajduje się na Broadbeach, jednej z wielu dzielnic Gold Coast. Najbardziej znaną dzielnicą jest Surfers Paradise, kilka kilometrów nalej wzdłuż plaży. Do plaży z hotelu mamy 5 minut na piechotę. Gold Coast jest 3 godziny za Nową Zelandią, więc nic dziwnego, że Maya obudziła się o 4 rano lokalnego czasu. Było jeszcze ciemno! Jak tylko się rozwidniło, poszłyśmy na plażę, a potem na basen w hotelu. Na plaży było już nóstwo ludzi spacerujących, biegających i ćwiczących. Gold Coast budzi się wcześnie rano i gimnastykuje się, zanim słońce wstanie na dobre.

Po basenie spotkałyśmy się z naszą grupą nowokaledończyków i pojechaliśmy na Karaka Market.

Po markecie Maya i ja poszłyśmy do polskiego kościoła na mszę.

The Gold Coast

Dzisiaj, z samego rana poleciałyśmy na Gold Coast (Złote Wybrzeże), miasto na południowo zachodnim wybrzeżu Australii. Z Auckland lot trwa 3 godziny. Pomimo tak krótkiej podrózy, dotarłyśmy zmęczone. Poprzedniej nocy kiepsko spałam, bo się trzeba było pakować, no i bałam się, że zaśpnię. A Maya miała ochotę na drzemkę. Niestety pokój w hotelu miał być gotowy dopiero na 14:00. Więc nie mając wyboru przepakowałyśmy najpotrzebniejsze rzeczy w małą torbę, wzięłyśmy wózek i poszłyśmy na eksplorację okolic.

Zrobiłyśmy zakupy w supermarkecie i poszłyśmy na piknik. Na plaży było o wiele za gorąco, więc znalazłyśmy stolik w cieniu koło placu zabaw.

Maya szybo zapoznała się z water dragon, czyli agamą błotną. Było też kilka ibisów, które bezczelnie wskakiwały na stół i wyjadały nam jedzenie, zwłaszcza ser żółty.

Bardzo podobał nam się plac zabaw. Mial kawałki płótna na górze dla ochrony przed słońcem. Było mnóstwo budowli do wspinaczki. A najlepsze były dwa rowery, które poruszały się po szynie dookoła placu.

O 14:00 wróciłyśmy do hotelu i poszłyśmy do naszego pokoju. Padłyśmy na łóżko i spałyśmy do następnego dnia rano. O 3 nad ranem dotarła do hotelu grupa 11 osób z Nowej Kaledonii, dla krórej tłumaczyłam podczas wyjazdu.