Szlak CSR
Moja Misja
Ekwipunek
Sponsorzy
Media
Fotografie
Podsumowania
Linki
Ksiega Gosci
Kontakt



Każdego wieczora starałem się napisać kilka zdań podsumowujących dany dzień. Nakreślone zmęczoną
ręką lakoniczne zapiski pełnić miały rolę kotwic, do których potem mogłyby uchwycić się wspomnienia.


31.08.2005 środa
1400km autobusem z Darwin do Halls Creek

  
Kununarra - ostatni przystanek przed Halls Creek. Z Darwin wyjechaliśmy o 8 rano i przez cały dzień kierowaliśmy się na zachód. Za szybami niesamowity krajobraz, wypalony słońcem i pożarami buszu. Czerwona ziemia, ciemne skały, żółta trawa i płowa zieleń drzew. Niesamowite są baobaby, o pniach jakby spęczniałych od gorąca. W Darwin powietrze było gorące i wilgotne, jak na wyspach Pacyfiku. Im dalej w outback, tym bardziej sucho i jeszcze goręcej. Zapowiada się niezła przeprawa- ciekawe czy dam radę. Sakwy z jedzeniem wydają się teraz niemiłosiernie ciężkie, chociaż nie ma w nich wiele. 48 podwójnych porcji liliofizowanego jedzenia, dwa 5-paki zupek chińskich, makaron, słój Nutelli i masła orzechwego, tuba vegemite i słoik z solami mineralnymi. Ciężko byłoby z czegoś zrezygnować i mam nadzieję, że nie będzie trzeba. Przez ostatnie 2 dni wcinałem kurczaka z bagietkami kupionego w Darwin. Skończyłem go dopiero na ostatnim przystanku przed stacją kwarantanny na granicy z Australią Zachodnią. Trudno było nazwać tę kontrolę drobiazgową- uśmiechnięta pani wpadła do autobusu z latarką i okrzykiem: "No fruit, no veg, no honey?!" Na to ostatnie pytanie jeden starszy pan wskazał na swoją żonę i wszyscy wybuchnęli śmiechem. Kolejna, ostatnia już, zmiana czasu 1,5h do tyłu. Około 22:45 powinniśmy być już w Halls Creek.



1.09.2005 czwartek
trp 121 km
avg 16,75 km/h

 stp 7,10h
max 45,5 km/h
Z autobusu wysiadłem przed północą. Gdyby nie aborygeńskie dzieciaki wałęsające się po ulicach, miasteczko wyglądałoby na wymarłe. Zacząłem rozpakowywać rower i składać wszystko do kupy. Około 2 rower był już złożony, a cały majdan upchany w sakwach. Postanowiłem pojechać na pocztę i tam czekać na jej otwarcie. Ok. 4 obudził mnie autobus, z którego wyładowywano paczki i worki z listami. Około 5:30 nadałem paczkę z pokrowcem rowerowym na poste-restante w Wiluna, zarejestrowałem się na policji i wyruszyłem na szlak. Pierwsze 16 km tarmac, potem w lewo na Tanami Road. Ku mojemu zdziwieniu średnia prędkość na szutrze wzrosła! Około południa zatrzymałem się na stacji Ruby Plains (25 tys krów). Przeczekałem najgorszy upał, napełniłem zbiorniki wodą i w drogę. Jechałem aż do zachodu słońca i pod koniec dnia ledwo żyłem. Rozbiłem namiot, zjadłem zupkę chińską i... bałem się zasnąć. Niepokoiły mnie szmery, szelesty, szurania. Ciemności kompletne, ale przynajmniej gwiazdy widać fenomenalnie. Myślę, że z czasem się "wyrobię".



2.09.2005 piątek
trp 125 km
avg 16,09 km/h

 stp 7,50h
max 27,8 km/h
Nie wiem, o której zasnąłem, ale wstałem razem ze słońcem około 5 rano. Zjadłem 2 herbatniki i ruszyłem w trasę. Jechało się super. Około 8 dotarłem do drogi prowadzącej do krateru Wolfe Creek wybitego przez meteoryt. 23 kilometry w jedną stronę :-/ Droga podła i bardzo silny wiatr w twarz. Mimo odczepienia przyczepki i przednich sakw jechało się fatalnie Do krateru dotarłem 1,45h później. Fenomenalny widok na całą okolicę i sam krater też niesamowity. Warto było! Z powrotem już z wiatrem- znacznie łatwiej. Około południa cały czas w trasie. Upał straszny. Ledwo żyję. Postoje w cieniu co 30 minut. Piję tony wody. Zjadłem 2 łyżki masła orzechowego. Jadę dalej. Około 2:00 jestem strasznie wyczerpany- za mało jedzenia, za dużo jazdy w upał. Napotkani Aborygeni mówią, że do Billiluna 10 mil. Yeah, right! W końcu widzę maszt radiowy. Jak się okazuje, od niego już tylko kilka km do osady. Dowlekam się resztkami sił. Pod warsztatem dopadam do kranu z wodą, w lokalnym sklepiku kupuję paczkę herbatników. Za jakimś kontenerem gotuję obiad (wreszcie!). Schodzi się sporo dzieciaków i psy. Poznaję Francuza pracującego w warsztacie. Odpoczywam prawie godzinę, po czym uzupełniam wodę w 3 zbiornikach i ruszam na SZLAK. Potężne corrugations, ale udaje się zazwyczaj znaleźć ścieżkę obok. Piach sypki, ale z zapieczoną skorupą. Jeśli jej nie złamiesz, wszystko ok. Rower po nabraniu prędkości powyżej 10km/h sunie wspaniale i jest super stabilny. Wszystko dopiero przede mną, ale już czuję się niesamowicie! Kończę jazdę z zachodem słońca, rozbijam namiot, dzwonię do dziadka [w domu nikt nie odbiera], gotuję kolację, ustalam trasę na jutro i idę spać. Wokoło cykają świerszcze, o namiot bębni robactwo. Strach minął. To będzie dobra noc.



3.09.2005 sobota
trp 75 km
avg 12,36 km/h

 stp 6,02h
max 20,4 km/h
Dobry dzień, droga do przeżycia, chociaż corrugations dają się we znaki. Znalazłem fajne miejsce na przeczekanie południa, na polanie z drzewami. Nawet po południu upał daje się we znaki i zmusza do odpoczynków częściej, niż bym chciał. Na jednym z nich mija mnie 4WD z aborygeńskim małżeństwem. Przejeżdża kolejne kilkadziesiąt metrów, zatrzymuje się, cofa. Podchodzę do drogi. Kierowca wysiada z wozu i pyta pyta, dokąd jadę. "Wiluna" odpowiadam. "Potrzebujesz mięsa!" stwierdza Aborygen, otwiera tylną klapę i potężnym nożem odcina spory kawał poćwiartowanego mięsa. "Upiecz albo ugotuj! Dobry kangur!" Dziękuję, wrzucam mięso do sakwy i jadę dalej prawie do zachodu słońca. Będę potrzebował trochę czasu na znalezienie chrustu, a nie chcę po ciemku łazić przez trawy. Rozbijam namiot, układam niewielkie ognisko i przygotowuję mięso. Drewno jest suche i od pierwszej iskry bucha płomieniem. Mięso, choć bez przypraw i soli, jest przepyszne. Nade mną miliony gwiazd, gdzieś daleko ledwo widoczna łuna znaczy czyjeś obozowisko. Czas spać...



4.09.2005 niedziela
trp 48 km
avg 9,75 km/h

 stp 4,55h
max 26,4 km/h
Ciężki dzień. Szlak bardzo sypki i z potężnymi koleinami. Nie sposób znaleźć dobrego miejsca do jazdy. Przed południem docieram do niesamowitego jeziora z mnóstwem ptaków, a potem do pierwszej studni (W51). Pompa wiatrowa nie pracuje i główny zbiornik jest pusty, ale w samej studni jest woda. Jadę dalej- szlak fatalny i nie da się szybko. Nie dość, że jadę za długo w południe, to jeszcze wybieram paskudny punkt na przeczekanie- bez wiatru, z odrobiną cienia, za to mnóstwem much i mrówek. Kiedy znowu ruszam na szlak czuję, że wcale nie odpocząłem. Wkrótce dopada mnie kryzys. Zwijam się w maleńkim cieniu własnych sakw i próbuję przeczekać. Wiem już, że daleko dziś nie zajadę. Szlak wiedzie idealnie na zachód- prosto w wiszące tuż nad horyzontem oślepiające słońce. Nic nie widać dalej niż na 2-3 metry. Wlokę się powoli i około 17:30 mam już totalnie dosyć. Na liczniku 48 km, niewiele, ale więcej nie dam rady, zresztą za chwilę zapadnie noc. Rozbijam obóz na fajowej polance, gotuję kolację, robię przegląd roweru po całym dniu walki, a przed snem długo wpatruję się w gwiazdy. To była twarda lekcja, trzeba wyciągnąć wznioski. Zobaczymy jutro.



5.09.2005 poniedziałek
trp 54 km
avg 11,22 km/h

 stp 4,47h
max 22,0 km/h
Zaczyna się bardzo dobrze. Sporo przed południem docieram do studni 49. Duża polana, a na uboczu stalowe klapy chroniące studnię. Napełniam wodą zbiorniki, w wiaderku płuczę ubrania, wilgotną gąbką ściream z siebie warstwę potu i pyłu (pierwsze mycie od wyjazdu z domu). Odpoczywam i w drogę. Około południa postój- słońce grzeje strasznie, ale znalazłem fajny punkt na przeczekanie. Przed 5 docieram w górzyste okolice Breaden Hills. Krajobraz niesamowity. Odczepiam wszystkie sakwy poza workiem, obok stawiam przyczepkę i kierując się wskazaniami GPS na przełaj szukam studni 48. Studni oczywiści nie znajduję (źle skalibrowany GPS), za to gdzieś po drodze gubię aparat fotograficzny! Rozpacz! Próbuję nie wpadać w panikę i powoli cofam się po śladach. Opony jednak prawie nie zostawiają znaków wśród traw. Cały sprzęt jest jakieś 2km za wysokimi trawami i krzewami. Gdzieś wśród nich leży też cyfrówka. Zapada noc. Gubię ślad i nie mogę go odnaleźć. Postanawiam przeczekać do rana tu, gdzie jestem. Wypijam pozostałą w bidonie wodę. Nie ma jedzenia. Udaje się złapać kilka szarańczy. Noc mija niespokojnie, pełna złych snów.



6.09.2005 wtorek
trp 34 km
avg 11,04 km/h

 stp 3,05h
max 22,8 km/h
Budzę się razem ze słońcem i zaczynam poszukiwania. Dalej nie mogąc znaleźć śladu, ruszam najkrótszą drogą do sakw- trzeba się napić i coś zjeść. Rower okazuje się mieć dwa flaki (!), więc decyduję się zostawić go tam, gdzie jest. Po kilkunastu metrach odwracam się i już go nie widzę! Wracam i oznaczam maszynę długim patykiem z zatknietą na szczycie bluzą. Byłoby nieciekawie zgubić też rower... Docieram do sakw, zjadam lamb fettucinie (pyszne!) a potem wracam dokładnie do "fałszywej studni" i raz jeszcze dokładnie przeczesuję odcinek aż do roweru. Stąd zostaje mi jakieś 1,5 km w linii prostej do sakw. Wśród wysokich traw raz po raz odnajduję i gubię ślad. W końcu wpadam na pomysł sprawdzenia logów GPS. Włączony odbiornik jechał co prawda głęboko w kieszeni, ale jeśli jakimś cudem sygnał był dostatecznie mocny, to powinien pamiętać przebytą wieczorem drogę. Jeśli została zarejestrowana dostatecznie prezcyzyjnie, to moje szanse rosną! Zaczynam poszukiwania i idąc wyznaczoną przez GPS "ścieżką" i przetrząsając każdą kępę traw w promieniu 10m od niej. W końcu... JEST! Leży w piachu między trawami. I działa! Wracam po rower, docieram do "obozu", zjadam kilka herbatników, wyciągam kolce z opon i łatam dętki. Dopiero około 11 jestem gotowy do drogi, ale cieszę się, bo tak naprawdę wyprawa mogłaby zakończyć się tutaj. Odwiedzam studnię 48 (ścieżka do niej była 2km dalej!) i Breaden Pools (suche, ale warte nadłożonej drogi). Corrugations fatalne. Chwilami ledwo jadę. Nie robię przerwy w południe. Około 4:30 kolejna guma! Naprawiam, ruszam dalej. Zapada noc. Zakładam czołówkę i jadę dalej. Jedzie się nieźle, ale oczy bardzo się męczą wypatrując przeszkód na szlaku. Znajduję super polankę. Idę spać. Mało km, ale szczęśliwy finał trudnej sytuacji!



7.09.2005 środa
trp 73 km
avg 12,53 km/h

 stp 5,49h
max 29,8 km/h
Liczby mówią same za siebie. Poranek super. Szlak miejscami kamienisty, bardzo techniczny, ale też sporo kolein i corrugations. Do leżącej obok szlaku studnie 47 (sucha) docieram ma gołym rowerze. Szybciej, ale na wybojach dostaję w kość jak nigdy. Wybijam prawy łokieć, który ostrym bólem będzie wypominał mi tą wycieczkę jeszcze długo. Zaraz za W47 zaczynają się piaszczyste wydmy biegnące w poprzek szlaku. Ze dumieniem stwierdzam, że na większość z nich udaje się jakoś podjechać! Niesamowite! Chcę dojechać do studni 46 (Kuduarra), gdzie na 100% jest woda. Decyduję się jechać mimo południa, byle tam dotrzeć. Ostatnie kilometry dosłownie się wlokę, pedałując resztkami sił w szalonym upale. Studnia okazuje się być wśród dorodnych tea-trees, dających cień, jakiego już dawno nie widziałem. Stalowe wiadro u studni jest tak ciężkie, że do kołowrota potrzeba 2 osób. Rozkładam się w cieniu i zaczynam rozplątywać swój zwój Spectry. W międzyczasie pojawia się oliwkowy Land Rover z 2 śmiesznymi kolesiami. Cienia starczy dla wszystkich. W końcu nabieram przepysznej wody, gotuję obiad, zasłużenie odpoczywam. Jest już niemal 4, kiedy decyduję się jechać dalej. Chłopaki z Land Rovera zostają. Na noc zatrzymuję się w pobliżu okresowych słonych mokradeł- magiczne miejsce z mnóstwem wędrownych ptaków, które hałasują jak opętane do późna.



8.09.2005 czwartek
trp 63 km
avg 11,11 km/h

 stp 5,36h
max 27,4 km/h
Od rana ciężka walka z diunami i corrugations. Rano pod większość wzgórz udaje mi się podjechać, ale potem piasek roni się zbyt sypki i trzeba uderzać   "z buta", co jest piekielnie wyczerpujące. Około południa docieram do Gravity Lakes i zostaję tu ponad 2 godziny. Dużo papug i niesamowite jeziora z płytką, kakaową od gliny wodą. Ruszam dalej. Chcę dotrzeć do studni 44, ale szlak jest ciężki, a mnie dopada kryzys energetyczny. Na noc zatrzymuję się u podnóża wysokiej wydmy. Robię przegląd generalny zawartości sakw: zostało 38 torebek liliofizatów, 4 zupki chińskie, 2/3 masła orzechowego, 1/4 czekolady (niedobrze), cały makaron. Nie jest zatem źle. Rozpalam ognisko, w którym palę zbierane od kilku dni śmieci. Potem idę spać. W nocy kilka razy budzą mnie zwierzęta buszujące wokół namiotu- prawdopodobnie dingo albo dzikie psy.



9.09.2005 piątek
trp 45 km
avg 9,46 km/h

 stp 4,38h
max 35,0 km/h
Studnia 44 okazuje się być zaledwie 20 minut drogi od mojego noclegu. Zgodnie z opisem na mapie- ruina. Szlak zamienia się w piekło. Najpierw 10 km zabójczych corrugations. Mordownia, obiektywy do aparatu rozkręcają się od wibracji na części pierwsze. Potem skręt na południe i zaczyna się pasmo potężnych piaskowych wzgórz. Ile ich było? Nie wiem. Mnóstwo. Ze szczytu wyższych widać było czubki kolejnych ciągnące się po horyzont. Potwornie sypki piach i do tego głębokie corrugations pomiędzy wydmami, pożerające uzyskaną na zjazdach prędkość. Chyba najtrudniejszy na razie odcinek szlaku. Średnia na liczniku w żaden sposób nie odzwierciedla wysiłku niezbędnego do wciągnięcia roweru na kolejna wzgórza. Zjazdy bardzo szybkie i niebezpieczne- w sypkim piachu łatwo stracić kontrolę nad rowerem. Łamię pałąki z fiberglassu podtrzymujące powłokę nośną przyczepki, do tego przebijam jeden zbiornik i tracę sporo wody. Czas na remont generalny. Całkowicie przerabiam konstrukcję, na której trzymają się worki z wodą. Docinam strzaskane pręty, obwiązuję Spectrą i wkrótce wszystko jest gotowe. Na zegarku 2:30. Przedziurawiony wór też naprawiony, ale cała woda przelana została do dobrego. Mimo nierównomiernego obciążenia przyczepka sprawuje się duużo lepiej! Jest stabilniejsza na zjazdach, a worki siedzą trochę wyżej i znacznie pewniej. Mam nadzieję, że tak pozostanie. Godzinę później dobiega mnie dźwięk wyjącego na wysokich obrotach silnika. Chwilę potem zza szczytu wydmy wyłania się terenowy samochód. "Cześć Kuba!" Polacy! [konwój Polaków z Perth jadący z południa na północ; nawiązaliśmy kontakt kilka dni przed wyprawą i liczyliśmy na spotkanie] Rozmawiamy kilkanaście minut, wymieniamy informacje o dostępności wody, dostaję nowy długopis [stary się ugotował]. Adam pyta, czy nie potrzebuję czegoś więcej. Nie. Potem każdy rusza w swoją drogę- konwój na północ, ja na południe. Spotkanie dodaje mi chyba sił, bo chociaż o 5 na liczniku mam dopiero 35 km, to przed zmrokiem dociskam kolejne 10! Szukając miejsca na nocleg docieram do studni 43. Wspaniale!! W okolicy 2 bagniste jeziorka, a sama studnia to maleńkie oczko z brązową wodą. Po użyciu filtra smakuje świetnie. Jutro rano uzupełnię zbiorniki, bo podobno studnia 41 jest zalana słoną skażoną wodą, a studni 42 nikt nie jest pewny. W sumie ciężki, ale udany dzień!



10.09.2005 sobota
trp 53 km
avg 9,51 km/h

 stp 5,31h
max 26,5 km/h
Ciężki dzień, od rana lodowaty wicher, przez część trasy prosto w twarz. Tracę wycinek mapy- kolejne 2-3 dni mogą być po omacku. Szlak bardzo sypki, dużo corrugations i wysokie wydmy. Za to prześliczna studnia 42. Zalana wodą, na szczęście mam filtr. Kolejne 2 gumy, ale dojeżdżam do wieczora podpompowując co jakiś czas. Jest 21:17, skończyłem naprawy, połączyłem się z satelitą odbierając SMSy, zjadłem kolację, idę spać we wszystkich ciuchach. Noc zapowiada się bardzo mroźna!




11.09.2005 niedziela
trp 55 km
avg 9,71 km/h

 stp 5,39h
max 29,3 km/h
Noc była lodowata. Śnił mi się targ w Polsce- jabłka, gruszki, gorący chleb. Super sen. Wybudziłem się z niego nagle, myśląc, że juz środek dnia. Była dopiero 5. Słońce ciągle poniżej horyzontu. Założyłem na rower koła (przeszły test szczelności w nocy), spakowałem i wdrogę! Jechało się dobrze. Około 10 miałem już 25 km. Zatrzymałem się na pierwszy posiłek. Pół godziny dalej rozwidlenie dróg. Bez mapy nie jestem pewny, jak jechać. Dzwonię do domu i proszę o przedyktowanie koordynatów GPS z ich kopii mapy. Dzięki wskazówkom docieram do studni 41. Zalana obrzydliwą cuchnącą wodą- wygląda niesamowicie, ale czeka mnie sporo filtrowania. Filtr zapycha się co chwila. Gryzą muchy. Około 2 wszystkie zbiorniki są już pełne. Woda dalej nie za ciekawa w smaku i żółta, ale mam nadzieję, że przynajmniej bezpieczna do picia. Jadę dalej. Około 4:30 spotykam 2 samochody, podobno ostatni konwój na szlaku w tym roku. Wymieniamy informacje, przerysowuję sobie brakujący kawałek mapy i w drogę. Dzień zamykam bez wielkiego zmęczenia. Nie ma sensu za każdym razem zaharowywać się na śmierć. Krajobraz się zmienia- szlak wije się wśród wydm i co chwila na którąś sie wspina. Fajnie się przez to jedzie. Corrugations w normie. Dziś śpię na szczycie piaskowego wzgórza. Powtórnie przefiltrowałem 1 zbiornik wody- teraz smakuje lepiej. Ok. czas spać!




12.09.2005 poniedziałek
trp 55 km
avg 10,46 km/h

 stp 5,12h
max 29,8 km/h
Ciekawy dzień. Rano jechało się dobrze. Dotarłem do zatopionej studni 40 i grobu Tobina. Wkrótce potem wpadłem na wyschnięte (prawie) jezioro, po którego dnie jechało się wspaniale! Po drodze ogromne termitiery. Potem znowu wjeżdżam w piach. Około 10:46 ledwo unikam zderzenia z bandą debili w terenowym 4 WD, którzy jadą zarośniętym szlakiem jak opętani. Nr rejestracyjny EP2570. Hamowanie, które koleś zaczyna w chwili zobaczenia mnie, kończy się dobre 10 metrów za punktem, w którym stałbym, gdybym w porę nie wciągnął roweru na bok. Cała ta przygoda rozwala mnie na maksa i około 11:15 zatrzymuję się na odpoczynek. Jazda po południu bardzo ciężka. Niesamowicie głęboki piach, dużo wydm i corrugations, świeżo pogłębionych za sprawą wspomnianych kretynów. Ok 5:20 wcinam pół porcji wołowiny z ryżem i jadę dalej, po zapadnięciu zmroku z czołówką. Wkoło jakieś stwory wydają "smocze" dźwięki, które zdają się przybliżać się przy każdym postoju. Trochę strasznie, gęsia skórka sama z siebie. Prawdopodobnie to tylko duża goanna na polowaniu, ale wyobraźnia podpowiada inne wersje. Na szczycie wydmy rozbijam namiot. Czas spać. Jutro rano mam nadzieję dotrzeć do dobrej wody. Tak, którą teraz mam w zbiornikach nawet po 2x przefiltrowaniu jest straszna i czuję, że rozstraja mój organizm.




13.09.2005 wtorek
trp 44 km
avg 10,20 km/h

 stp 4,16h
max 29,7 km/h
Dzień cudów. Rano jechało się ciężko. Chciało mi się pić, a woda w bukłakach odstraszała i słabo gasiła pragnienie. W końcu docieram do zardzewiałego znaku "Water 38 -> 3km" Uda się! Jadę fajową trasą- piach miejscami beznadziejnie sypki, ale coraz więcej kamieni i skał. Jakieś 600m przed celem jazdy (wg licznika) dostrzegam poniżej szlaku oczko wodne w korycie suchego potoku. Zjeżdżam w dół na przełaj. Woda cudowna!!! Wg GPS do W38 jeszcze jakieś 500m. Niech będzie... Jadę dalej, aż docieram do jednego z najpiękniejszych miejsc na szlaku. Urwiste półki skalne, a poniżej zagłębienie w korycie potoku wypełnione wspaniałą wodą! Trudno to opisać, jeśli przez kilka kolejnych dni nie piło się bagnistej cieczy. Do południa jeszcze trochę czasu, ale rozkładam się w cieniu, filtruję wodę, napełniam zbiorniki, sam piję do oporu. Zjadam obiad, płuczę ciuchy i zmywam z siebie warstwę brudu. Czuję, jak organizm wraca do życia. Niesamowite uczucie, coś wspaniałego! W dalszą drogę ruszam równo o 2:00. W drodze do jaskini Wandurba spotykam George'a i Ann- bardzo sympatyczną parę jadącą do Halls Creek. Obiecują wysłać zdjęcia cyfrowe na kilka adresów email i dają mi na drogę... jabłko! Chyba najbardziej surrealistyczny i miły prezent na pustyni. Mówią, że cały szlak huczy o samotnym rowerzyście i że w Kunawarritji już na mnie czekają :) Tradycyjnie wymieniamy informacje o szlaku i ruszamy każdy w swoją stronę. Wkrótce potem docieram do jaskini. Niestety osuwisko zniszczyło malunki naskalne. Jadę dalej. Trasa ciężka- dużo bardzo sypkich i stromych wydm, na które trzeba wciągać obciążony wodą rower. Zmrok zastaje mnie na 44km trasy. Żadna rewelacja, ale to nie wyścig. Gotuję makaron, odpoczywam, zerkam na mapy. Coraz bardziej czuję, że wyprawa ma szanse zakończyć się powodzeniem. Za mną już 820 km, przede mną jakieś 1200. Będzie dobrze!




14.09.2005 środa
trp 66 km
avg 10,57 km/h

 stp 6,14h
max 29,7 km/h
Bardzo bałem się tego dnia. Dla samochodów 4WD to jeden z natrudniejszych odcinków szlaku. Szlak idzie w większości po szczytach wydm, jest bardzo sypki i nierówny. Okazało się jednak, że mój rower radzi sobie z trudnościami lepiej, niż samochody, a niewielkie ilości corrugations i dużych wydm, na które trzeba by podjeżdżać, tylko poprawiają sprawę. Średnia prędkość nie była fenomenalna, ale wrażenia z jazdy wspaniałe! Po kolei docieram do sudni 37 (z grobami), 36 i Bungabinni. Przy tej ostatniej (sadzawka o nazwie studni :) zjadam ostatni posiłek i chociaż zaczynają się paskudne corrugagions [na których zgubię głowicę statywu], to docieram prawie do W35. Z opisu wynika, że studnia jest zalana, co oznacza wilgoć i mnóstwo komarów. Na noc zatrzymuję się 1 km wcześniej, wśród krzewów cudownie pachnących świeżym ciastem! Gdzieś nade mną przelatuje pasażerski samolot. Dziwne uczucie. Do Kunawarritji zostało mi mniej, niż 50 km. Pewnie jutro wieczorem tam dotrę. Kolejnym punktem docelowym będzie już Wiluna. Jeśli nie będzie niespodzianek, powinienem dojechać do niej około 6 października. Sprawdziłem zapasy jedzenia- 35 paczek liliofizatów. Powinno wystarczyć!




15.09.2005 czwartek
trp 69 km
avg 9,79 km/h

 stp 5,38h
max 24,6 km/h
Udało się! Około 15:30 dotarłem do Kunawarritji. Większość trasy pokrywały fatalne corrugations [podobno najgorsze na szlaku] i chwilami myślałem, że już nie dociągnę. DO tego wiatr. Teraz (8:30 w nocy) wieje tak, że przewróciło namiot ze mną w środku. Wszędzie pełno piachu. Sama osada czysta i przyjazna. Wieczór spędziłem w towarzystwie.... Nowozelandczyków, którzy nią administrują. Bardzo fajni ludzie! Dorobiłem sobie z drewna nową głowicę do statywu. Regeneruję siły. Za mną połowa drogi, przede mną co najmniej drugie tyle. Nowe wyzwania i przygody. Duch wysoko, będzie dobrze!




16.09.2005 piątek
trp 54 km
avg 9,4 km/h

 stp 5,39h
max 24,0 km/h
Rano robię ostatnie poprawki głowicy statywu, żegnam się z mieszkańcami Kunawarritji i ok. 6:30 ruszam na trasę. Powrót do skrzyżowania szlaków naprzeciw potężnego lodowatego wichru- tego samego samego, który w nocy szarpał moim namiotem i rujnował osadę. Skęcam w prawo na CSR. Czeka mnie ponad 25 km podobno najgorszych corrugations na szlaku. Większość samochodów kończy ten odcinek z uszkodzonym zawieszeniem lub innymi problemami. Aby wytłumić nieco tępe uderzenia, owijam siodełko złożonym w kostkę śpiworem. Trochę pomaga. Wiatr na szczęście raczej w plecy, ale tak silny, że ciężko utrzymać rower na kursie. Prawie cały dzień jadę w ciepłej wełnianej bluzie i z kapturem pod kapeluszem. Studnia 32- ruina. Corrugations ciąg dalszy. Dopiero jakieś 8 km przed W31 szlak robi się normalniejszy i ciekawy! Na noc zatrzymuję się wcześnie, bo około 5, przy samej W31. Fajne miejsce, dobre do odpoczynku. Przed pójściem spać nacinam wypełnione krwią i ropą obicia, powstałe na tyłku od corrugations. Do rana powinny sie podgoić. W nocy koło namiotu szwędają się wielbłądy.




17.09.2005 sobota
trp 67,5 km
avg 10,39 km/h

 stp 6,28h
max 25,7 km/h
Poranek super mroźny. Na 100% poniżej zera. Zjadam gorące śniadanie i ruszam. Szlak niesamowity. Mnóstwo granitowych "wysp", a pomiędzy nimi rozwiany na gładko piasek. Żadnych śladów po samochodach, tylko tropy dingo i wielbłądów. Te pierwsze nad ranem przecinają mój szlak tuż przed rowerem i wydają się równie zaskoczone, jak ja. Przez chwilę obserwujemy się nawzajem- psy analizują pewnie, czy jestem jadalny, a ja- ile czasu zajmie wyciągnięcie z sakwy solidnego brazylijskiego noża. W końcu dingo kryją się w zaroślach. Średnia prędkość natychmiast idzie w górę. Wielbłądy zobaczę dopier wieczorem i będę słyszał całą noc. Do południa szlak bardzo techniczny, ale dający mnóstwo frajdy z jazdy. Do 1:00 mam już pona 40km! Po drodze mijam zrujnowaną studnię 30. Wkrótce potem zaczyna się typowe canningowe piekło- corrugations i wydmy. Plany na przyjemny i efektywny dzień biorą w łeb. Pod jedną z wydm znajduję szczątki wielbłąda. Trochę strasznie. Postanawiam dotrzeć do Thring Rock, ale droga wlecze się potwornie, a skały nie widać. Zbliża się piąta. Mam już dosyć, zaraz będzie noc. I nagle, za kolejna wydmą- jest! Ciemnieje w zachodzącym słońcu pośrodku płaskiej jak stół doliny. Kilkaset metrów ode mnie pasie sie małe stado dzikich wielbłąów. Nie wydają się być zaniepokojone, ale trzymają bezpieczny dystans. Wspinam się na skałę, robię zdjęcia. Schodzę i szykuję kolację. Odpoczywam na zewnątrz namiotu dużo rozmyślając. Księżyc w pełni, jest jasno. Ok. czas spać. Wkoło hałasują wielbłądy i dingo. Aha, na liczniku już dobrze ponad 1000 km :-)




18.09.2005 niedziela
trp 63 km
avg 10,33 km/h

 stp 6,05h
max 28,5 km/h
Dzień raczej beznamiętnego przebijania się przez wydmy i corrugations. Ani jedne, ani drugie nie robią już na mnie większego wrażenia, chociaż dalej nieźle dają w kość. Po dojechaniu do W28 nie mam specjalnych planów. Ot, jadę do zachodu słońca. Mimo ciężkich kolein docieram do Hellen Hill, zaledwie kilka km od W27. Znajduję fajne miejsce na namiot, parzę wspaniałą cytrynową herbatę (dzieś bez kolacji), palę stare opakowania po jedzeniu, żeby nie wabić dingo i zaraz kładę się spać. Jest 19:20




19.09.2005 poniedziałek
trp 53 km
avg 10,63 km/h

 stp 5,00h
max 26,4 km/h
Poprzedniej nocy udało mi się wybrać wyjątkowo dobry punkt na nocleg. Całą noc wiatr hulał nad okolicą, a ja byłem bezpieczny wśród skał i gęstych krzewów. Rano kilka fajnych fotek, a potem bez śniadania dowlokłem się do W27. Tam wcinam pół porcji mexican chicken i jadę dalej. Szlak albo bardzo fajny, albo bardzo podły, z wyraźną przewagą drugiego. Ostatnie km do W26 wloką sie niemiłosiernie. Ale warto było! Studnia pięknie odrestaurowana, chyba najlepiej ze wszystich. Używam oryginalnego ciężkiego kołowrota, żeby nabrać wody! Ta jest świetna i filtruję ją tylko "dla formalności". Napełniam wszytskie zbiorniki- prawie 40l. Gotuję cudowny obiad z resztek porannego mexican chicken i garści makaronu. Odpoczywam. Robię zdjęcia jaszczurkom biegającym na dwóch nogach. Płuczę brudne ciuchy, myję twarz. Jest wspaniale. Dla takich chwil warto tłuc się przez pustynię... W trasę ruszam po 3 godzinach, około 4:00. Jadę spokojnie do 5:30 i rozbijam namiot na szczycie wydmy. Wcinam kolację, podziwiam gwiazdy. Powoli wschodzi czerwony księżyc, gdzieś na horyzoncie przez chwilę błyska jakieś światło, cykają świerszcze. Żyję chwilą...




20.09.2005 wtorek
trp 53 km
avg 9,87 km/h

 stp 5,19h
max 23,6 km/h
Ciężki dzień. Rano robię sporo zdjęć i wyjeżdżam bardzo późno (ok 6:30). Szlak przez większość czasu bardzo uciążliwy. Corrugations a od południa wyjątkowo sypki piach, po którym rower ledwo idzie i samo utrzymanie go w ruchu kosztuje ogromne ilości energii. Od rana kłopoty z metabolizmem i wodą. Piję tony wody, a organizm jakby nie chciał jej przyswajać. Jakbym coś w środku za bardzo obił na wybojach :-/ Mimo to posuwam się do przodu. Ok. 1:30 mam już 35km i docieram do studni 24 (W25 była rano, około 9). Odpoczywam, ale nie jem. Błąd. Godzinę po wyruszeniu dopada mnie straszny kryzys. Ręce się trzęsą, rower nie daje sobie rady na corrugations. Zjeżdżam ze szlaku i szybko gotuję pół porcji liliofizatu. Wraca energia i chęć do życia! Szlak dalej fatalny, ale tym razem są siły do walki. Ok. 4:30 dogania mnie facet w białym 4WD, którego spotkałem przy W26 w jego drodze na północ. Okazało się, że poważnie uszkodził zawieszenie i ma pęknięty zbiornik paliwa. Wrac do szlaku ewakuacyjnego. Ma nadzieję, że dociągnie do W22. Życzymy sobie powodzenia, wymieniamy numery telefonów satelitarnych i ruszamy. Ostatni wieczorny odcinek to niesamowita jazda przez białe wyschnięte solniska. Cudowny zachód słońca! W jego ostatnich promieniach dopadam do W23, obok Capricorn House fuel dump. Plan dnia osiągnięty. Uff... Miejsce na obóz podłe, ale jutro rano wyruszam wcześnie. Do Georgia Bore zostało tylko 20km. A potem już droga do Lake Dissapointment! Do końca szlaku około 700km.




21.09.2005 środa
trp 48 km
avg 10,98 km/h

 stp 4,17h
max 27,1 km/h
Przy Georgia Bore generalny przegląd sprzętu i prowiantu. W rowerze rotuję opony i łatam wszystkie, nawe najmniejsze dziury w detkach, zmywam pył i glinę, reguluję co potrzeba, robię porządek w sakwach. Dużo pracy. W międzyczasie dojeżdża grupa mężczyzn w 4WD, jadących Talawana Track [szlak idący w poprzek CSR, droga "ratunkowa"]. Sądząc po brzuchach, muszą nieźle się odżywiać :) Georgia Bore to fajne miejsce. Wkolo pompy kręci się sporo ptaków i mnóstwo ogromnych os. Wyjeżdżam ok. 2:00 jak na nowym rowerze. Na przyczepce dwa pełne Dromedary i 1 Dromlite, który totalnie destabilizuje zaprzęg. Wrzucam go w końcu na wierzch bagażnika, gdzie zupełnie nie chce zostać. Dopiero wieczorem dzielę wodę symetrycznie między 4 worki. Po drodze docieram do w22- ogromnej dziury z wyłożonym blachą kanałem, którego dna nie widać. Ciekawa... Sam szlak poza fenomenalnym odcinkiem kilku km jest paskudny- totalne corrugations i parę wydm. Mam nadzieję, że nie będzie tak tępo aż do końca. No nic, jutro zobaczymy!




22.09.2005 czwartek
trp 81 km (!!!)
avg 11,49 km/h

 stp 7,00h
max 24,7 km/h
Dzień cudów! Zaczął się bardzo ciężko. Pierwsze 27km do W21 to droga przez mękę. Corrugations dają mi popalić na maxa, a na szlaku poza gromadą wielbłądów nic ciekawego. Prędkość w porywach do 9km/h. Przy W21 zjadam drugi posiłek- śniadanie było tym razem zaraz po wstaniu. Odpoczywam i w drogę. Modlitwy o lepszy szlak zostają wysłuchane- szlak robi się trudniejszy dla samochodów, co zawsze oznacza mniej corrugations, a do tego znacznie ciekawszy. Przejeżdżam kolejne claypans i dna solnych jezior. Zbieram wspaniałą sól do posiłków. Wkrótce potem dogania mnie konwój 4WD w drodze do Wiluny. Czuję się jak jakieś pustynne zwierzę otoczone ludźmi z aparatami i kamerami. W końcu jadą dalej, zatrzymując się niedaleko "na popas". Proszę ich o fotkę W20, na wypadek, gdyby nie udało mi się do niej dotrzeć, ale mówią, że za daleko od szlaku... Z zazdrością spoglądam na wyciągane z lodówek chleby, placki i wędliny. Kurde, czas jechać! Z konwojem mijam się po raz drugi jakieś 10km dalej, kiedy zjeżdżam ze szlaku zeksplorować jakieś ruiny. Wkrótce potem docieram do Lake Dissapointment. widok niesamowity! Biała tafla ciągnie się aż po horyzont, kontrastując z potężnymi burzowymi chmurami, z których... najwyraźniej pada! Zjeżdżam na białe jak śnieg dno jeziora, robię zdjęcia, chłonę moment... Wreszcie ruszam w drogę- wiatr robi się coraz silniejszy i gna po niebie ciężkie chmury. Na twarz spadają mi pojedyncze krople deszczu, powietrze robi się świeże i wilgotne. Za którąś wydmą znajduję schronienie, wstawiam wodę na posiłek i czekam. Na obiad przepyszne curry. Burza mija mnie dosłownie o kilkaset metrów! Odpoczywam i ruszam dalej. Jest 16:00. Około 16:45 docieram do drogi prowadzącej do W20- studni leżącej aż 10km od szlaku! Od początku wyprawy rozważałem, czy warto nadkładać aż tyle drogi, żeby zobaczyć dziurę w ziemi i resztki konstrukcji. Na liczniku już 60km, do zmroku jakaś godzina. Podejmuję decyzję: skoro Bóg pozwolił mi jechać tak dobrze, skoro puścił burzę bokiem i uciszył wiatr, to widać chce mi dać szansę! Kilkaset metrów za rozwidleniem odczepiam przyczepkę i sakwy. Jedną przednią zaczepiam z tyłu, ładując do środka aparat, telefon, GPS, nóż, pompkę i latarkę. Ruszam! Jadę, a właściwie gnam jak na skrzydłach. Szlak techniczny, widać, że prawie nieużywany. Pozbawiona ładunku Pugsley wydaje się nie do zatrzymania! Na pełnym przeszkód szlaku prędkość między 17 a 25 km/h! Nie patrzę na dystans, tylko na zegarek. W tym tempie będzie 30 minut w jedną stronę. Jadę wśród drzew i przez wyschnięte solniska. Ok. 17:20 dopadam do ruin studni. Chyba najbardziej zapuszczona na szlaku, ale radość jest wielka. Oglądam, robię zdjęcia. 17:35- ruszam z powrotem. O dziwo prędkość dalej w normie! Energia z kosmosu? 18:05- docieram do sakw i przyczepki. Hurra!! Od niechcenia rzucam okiem na licznik- wiem, że jest ponad 80 :-] Szybko rozbijam namiot. Chwilę potem okolicę ogarniają całkowite ciemności! Ufff... to się nazywa timing. Na kolacje parzę herbatę, jeszcze trochę nawigacyjnej roboty, lektura Biblii i spać. Co za dzień...




23.09.2005 piątek
trp 71 km
avg 11,6 km/h

 stp 6,00h
max 27,6 km/h
Dzień bardzo udanej jazdy. Po wczorajszym deszczu szlak jakby wyrównany, chociaż od południa bardzo sypki. Bardzo mało corrugations (!), za to sporo claypans i mnóstwo małych piaskowych wzgórz, pod które zazwyczaj dawało się podjechać. Pod koniec dnia spotykam kolesia na motocyklu i zmotywowany jego obecnością dociągam do W18 (frog well) tuż przed zmrokiem! Rozpalamy ognisko, trochę rozmawiamy, a potem każdy wraca do swoich zajęć. Facet przejechał dwa razy Saharę, ale mówi, że CSR jest dużo trudniejszy. Mimo to dziennie robi tyle km, ile ja przez 5 dni :) Mimo wszystko zostaję przy mojej Pugsley! Łatam dziurę w przedniej dętce i idę spać, bo późno- już 9.




24.09.2005 sobota
trp 45 km
avg 9,63 km/h

 stp 4,40h
max 27,2 km/h
Celem dnia miało być Durba Springs, ale nie sądziłem, że dotarcie tam zajmie mi aż tyle czasu. Na szlaku mnóstwo bardzo sypkich wydm, a do tego potężny wiatr, często w twarz. Do rozjazdu szlaku dojechałem dopiero oko 13:30 i skierowałem się do Killagura (W17). Bez wątpienia jedno z nacudowniejszych miejsc na szlaku! Potężny skalny wąwóz, gigantyczne gum-trees, a w głębi nieprawdopodobne wręcz źródło z lodowatą wodą wypływającą z pęknięcia w skale. Są też aborygeńskie rysunki naskalne i gniazda dzikich pszczół, zawieszone wysoko pod skalnymi półkami. Trudno opisać atmosferę tego niezwykłego miejsca. Opuszczam je dopiero przed 5 i jadę kolejne 6km do Durba Springs, które w porównaniu wypada bardzo blado. Też ładnie, trawa, drzewa, ale brakuje magii. Do tego grupa głośnych ludzi obozujących tu od kilku dni. Brrr... Przynajmniej wiatr i żaby zagłuszają ich przyśpiewki, a ja nabieram motywacji na ostatnie 10 dni walki ze szlakiem. W głębi wąwozu obładowują rower chrustem, wracam i rozpalam ognisko. Gotuję herbatę, naprawiam sieci w przyczepce, odpoczywam. Ogień gra na ścianach wąwozu. Jeszcze tylko trochę pracy z mapą i czas spać!




25.09.2005 niedziela
trp 41 km (+ok.15km piechota)
avg 11,84 km/h

 stp 3,24h
max 21,5 km/h
Bardzo nietypowy dzień. Budzę się wcześnie rano, w sam raz na niesamowitą sesję fotograficzną Durba Springs w promieniach wschodzącego słońca. Prawdziwy spektakl! Potem składam cały majdan, wytrzepując potężnego pająka z sakwy, i... ruszam na pieszą eksplorację wąwozów! Żegnam się z grupą 4WD, która właśnie zbiera się do odjazdu. W sumie bardzo sympatyczni ludzie, nawet wczoraj wieczorem nie balowali za długo. Ruszam w drogę ze statywem, aparatem i workiem na wodę na plecach. Wspinam się na sam szczyt płaskowyżu Durba, wśród dorodnych gum-trees i monstrualnych odłamków skalnych. Co chwila urocze oczka wodne ostałe w dnie wyschniętego potoku, a w jednym miejscu nawet aborygeńskie malunki. Droga, choć spektakularna, jest jednak bardzo wyczerpująca. Do obozu dowlekam się dopiero koło południa. Gotuję obiad bo padam z głodu- trzeba było rano zjeść śniadanie. Chcę zrobić kilka zdjęć podpisom pierwszych poganiaczy, wydrapanym na przeciwległej ścianie wąwozu, co kończy się nieprzewidzianą kąpielą i (przy okazji) płukaniem ciuchów. Na rower wsiadam dopiero około 13:30- fajnie znów być na szlaku :) Ok 15:30 docieram do stóp wzgórza, na którego szczycie wznosi się 'Canning Cairn' czyli kamienna piramida ułożona przez samego Canninga w 1906 roku. Zalewam słoną wodą garść makaronu i mozolnie wspinam się na szczyt. Warto było, bo widoki są fenomenalne! Na dole jestem godzinę później. Lekko podgrzewam rozmoczony makaron, wcinam i w drogę! Czasu zostało niewiele, a ja chciałbym dotrzeć do W16. 20km trasy, mimo corrugations, pokonuję w dobrym tempie i już po zachodzie słońca, w ostatnich przebłyskach dnia dopadam do celu. Światła zostaje tyle, żeby znaleźć fajne miejsce na namiot. Rozpalam ognisko, gotuję herbatę i zaraz idę spać. Dystans przejechany rowerem może nie powala, ale jak na tak aktywny dzień, jest bardzo dobry!




26.09.2005 poniedziałek
trp 58 km
avg 10,6 km/h

 stp 5,28h
max 22,5 km/h
Dzień spokojnej jazdy naprzód. Rano łapię kilka jaszczurek- niezłe, chociaż jednej nie mam serca ruszyć. Do południa sporo wydm i sypkiego piachu, potem odcinek skał i długi fragment pełny podłych corrugations, które o dziwo przestały robić na mnie większe wrażenie. Dalej wydaje się, że za chwilę rower rozleci się na kawałki, a tyłek zamieni w jeden wielki strup, ale psychicznie już mnie to nie rusza. Obok Murray's Trolley zjadam ciepły posiłek. Jakoś bliskie mi to miejsce, bo człowiek próbował zrobić podobną rzecz do mojej, miał tylko mniej szczęścia [wózek został porzucony podczas nieudanej próby przejścia CSR]. 20km dalej W15 z cudowną wodą i parą fajnych ludzi w terenowym Subaru. Jadą fragmentem CSR do Cotton Creek, a tu zostają na noc. Rozmawiamy, dostaję herbatnika, zjadam własny posiłek. Mija paskudny ból głowy i zmęczenie. Napełniam wszystkie zbiorniki wodą i ok. 16:15 ruszam dalej. Szlak początkowo podły, wkrótce zmienia się w coś, co dla samochodów musi być piekłem. Twarde jak skała corrugations, washouts, glina wyrzeźbiona na głębokość osi. Krajobraz jak po bitwie, przez który jednak rower lawiruje zadziwiająco skutecznie! Jadę do zachodu słońca i rozbijam obóz. Coraz więcej myślę o końcu wyprawy. Z jednej strony wspaniale będzie zjeść normalny posiłek, wrócić do przyjaciół, pokazać im zdjęcia i w ogóle. Ale z drugiej czuję, że skończy się coś unikalnego. Że nie podniosę jak dziś rano znalezionej w krzakach skórki od chleba i nie zjem jej z namaszczeniem, jakby była najwykwintniejszą potrawą; że wiele rzeczy, które tu są cudem, znowu znormalnieje. Ale cóż, taka już kolej rzeczy...




27.09.2005 wtorek
trp 62 km
avg 9,35 km/h

 stp 6,32h
max 23,9 km/h
Piekielnie ciężki dzień. Od rana potężny wicher ok. 70-80km/h, przez większość czasu w twarz. Czasem nie sposób utrzymać roweru w ruchu. Prędkość poniżej 5km/h, licznik kilometrów jakby zamrożony. Do tego ogromne corrugations przez 90% trasy i bardzo wyczerpujące podjazdy. Według GPS osiągam jeden z najwyższych punktów na szlaku. Nie mam pojęcia, jak udało mi się dokręcic do W12 przed zmrokiem. CSR to szkoła charakteru. Jeśli szlak jest ciężki, to lepszy może być tylko gdzieś przed tobą i ciesz się, jeśli w ogóle możesz posuwać się naprzód, choćby o kilka kilometrów. W12 jest jak oaza. Rozbijam namiot, nabieram wody ze starej studni, myję spaloną i zakurzoną twarz, zakładam ciepłe wełniane ciuszki. Rozpalam ogień i gotuję herbatę i makaron na jutro. Dzisiaj bez kolacji. Nade mną rozgwieżdżone niebo. Czuję, że każda komórka mojego ciała odpoczywa i regeneruje siły. Niesamowite wrażenie. Wiatr dalej wyje na potężnym płaskowyżu, który dziś pokonałem, ale w dolinie wreszcie osłabł. Jest dobrze. Dziękuję Bogu za dzisiejszą wytrwałość. Od jutra szlak powinien być trochę bardziej znośny. A jeśli nie, to też damy radę!




28.09.2005 środa
trp 71 km
avg 10,57 km/h

 stp 6,50h
max 22,8 km/h
Noc była mroźna, prawdopodobnie w granicach zera, a dzień zaczął się, jakby miał być kontynuacją wczorajszego. Lodowaty wiatr i ciężki szlak. Nawet dotarcie do wyschniętych słonych jezior (zazwyczaj szybkich) nie poprawiło sprawy, bo wiatr hulał po nich w najlepsze. Ok 9 byłem zmaltretowany i wlokłem się resztkami sił. Postanowiłem się zatrzymać na posiłek- rozpaliłem maleńkie ognisko (!) i szybko przyrządziłem coś na ząb. Róźnica kolosalna! Nawet wiatr jakby przycichł. Nie jechałem specjalnie szybciej, ale humor zdecydowanie mi się poprawił. Organizm wyczerpuje najwyraźniej swoje rezerwy i zaczyna mieć obsesję na punkcie żarcia. Szlak powoli przechodzi metamorfozę- coraz mniej piasku i wydm, coraz więcej gliny i skał. Około południa docieram do W11, odpoczywam i ciągnę dalej. Szlak zmienia się nie do poznania! Kilka km za W11 przejeżdżam ostatnią (podobno) dużą piaszczystą wydmę. Zaczyna się claypan, skały i kamienie. Wymagają sporo uwagi i kombinowania, ale ogólnie jazda jest dużo łatwiejsza. Bez problemów docieram do W10. Szlak wkracza w skalisty, pagórkowaty krajobraz, porośnięty wysokimi poskręcanymi krzewami. Widzę kangury i emu! Te ostatnie robią ogromne wrażenie, bo zupełnie się ich nie spodziewałem :) Zmęczenie daje się we znaki, więc przy pierwszej sposobności znajduję miejsce na nocleg. Fajna polana, o dziwo bez tony kamieni, za to z pasącą się opodal zdziczałą krową :) Korzystając z wczesnej pory przepakowuję cały majdan do tylnych sakw- mieści się bez problemów, razem z przednimi sakwami.Na ognisku gotuję herbatę na dziś i makaron na jutro. Wpatrzony w płomienie czuję, że nie chcę, żeby wyprawa się kończyła. Wiem jednak, że musi. W sakwach zostało 9 porcji jedzenia- w sam raz na jakieś 6 dni jazdy. Przez ten czas jeszcze wiele się wydarzy.




29.09.2005 czwartek
trp 73 km
avg 12,2 km/h

 stp 5,58h
max 23,0 km/h
Dzień zaczął się ambitnym planem dotarcia do Pierre Springs. Po wyjątkowo zimnej nocy, jeszcze przed wschodem słońca rozpalam ogień i gotuję śniadanie. Ok. 16:15 byłem już w trasie. Pierwsze 5km mimo przejmującego zimna minęło błyskawicznie i dotarłem do W9, przy której pasły się krowy- znak, że wkraczam na tereny należące do stations. Kolejne kilometry wiodą albo po kamieniach, albo po rozjeżdżonych głęboko claypans. Jedne i drugie dość wymagające technicznie, ale ciekawe do jazdy i szybsze niż piasek! Rower toczy się fenomenalnie, kolejne kilometry mijają szybko. Studnia W8, a niecałe 2h później W7. Tu zaczynają się jednak prawdziwe schody. Niespodziewanie wraca piach, a corrugations nie dość że podłe, to jeszcze zupełnie nie do uniknięcia. Najgorszy jednak jest wiatr, który zupełnie jak 2 dni wcześniej stawia sobie za cel zdmuchnięcie mnie z powrotem na północ. Od W6 dzielą mnie 23km piekła. Zastanawiam się, jakim cudem przejechałem aż tutaj, skoro szlak bywał już znacznie gorszy i to przez wiele dni. Ciągnę więc dalej, docierając do Inglebong Hills. Wspinam się na szczyt, po drodze odnajdując aborygeńskie malunki i cmentarzysko kangurów. Z wierzchołka wzgórza widok jest niesamowity! Tylko sił już brakuje. Kiedy dowlekam się do roweru, jest ok. 5:05. Wyciskam do ust trochę Vegemite i resztkami sił dokręcam 5km do Pierre Springs. Ufff, udało się. Nabieram wody ze studni, rozbijam namiot za potężnym gum-tree, chroniąc się przed wiatrem, gotuję herbatę i skromną kolację. Do konca wyprawy prawdopodobnie 4 dni. Czas spać.




30.09.2005 piątek
trp 65 km
avg 12,52 km/h

 stp 5,11h
max 23,7 km/h
Dzień zaczął się super- szybkie śniadanie, zwinięcie obozu, kilka dobrych zdjęć i w drogę! Tylko ze szlakiem coś było nie tak. Intuicja podpowiadała, że powinien iść bardziej na zachód, ale koleiny samochodów mówiły, że wszystko jest ok. Z drugiej strony ślady były płytkie, a trawa między nimi jakby za wysoka. Na 6km szlak skończył się niespodziewanie u podnóża wydmy, a wszystkie ślady wskazywały na rozpaczliwy odwrót. No nieźle... Zawracam i po chwili łapię gumę. Najdziwniejsze jest to, że pomimo wszystko nie tracę cierpliwości! Zero emocji. Naprawiam uszkodzenie i w niezłym humorze wracam, skąd wyjechałem, tym razem znajdując dobry szlak. 12km w plecy ale nic to. Właściwa droga okazuje się być bardzo kamienista i pełna corrugations. Po obu stronach rosną śmieszne black-boy trees. Od FX57 szlak nieco się poprawia- coraz więcej claypans i szybkich kamieni. W5 okazuje się być najbardziej ordynarnie odrestaurowaną studnią na szlaku, ale przynajmniej przez jaskrawy pomarańczowy kolor nie sposób jej nie zauważyć... 20km dalej leży W4B. Po drodze mnóstwo kangurów. Między W4B i Windich Spring spotykam rodzinę bardzo sympatycznych farmerów. Umówili się z przyjaciółmi z innej station w Carnarvon Ranges. Pytają, czy ich spotkałem, ale nie widziałem nikogo od kilku dni. Dostaję pomarańczę, którą postanawiam zjeść dopiero w Wiluna. Dociągam do Windich Spring. Jest dopiero 16:40 ale miejsce jest wspaniałe i dalsza jazda byłaby głupotą. Do wodopoju przychodzą tu zwierzęta z całej okolicy, zachowuję więc low profile. Co chwila słychać, jak coś schodzi po skalistych zboczach do rozlewiska, nad którym stoi mój namiot. Zapowiada się ciekawa noc.




1.19.2005 sobota
trp 81 km
avg 12,59 km/h

 stp 6,25h
max 22,4 km/h
Minął miesiąc, od kiedy wyjechałem na szlak. Niesamowite, że jestem aż tutaj! Dzień zaczął się dobrze przed wschodem słońca. Ok. 4:30 wypełzłem z namiotu i rozpaliłem ogień. Było zbyt zimno, żeby dalej spać. Ugotowałem śniadanie i herbatę. Grzałem się. Na szlak ruszyłem ok. 6:15 razem ze słońcem, chociaż dalej w ciepłej wełnianej bluzie. Do W4A jechał się dobrze, ale kolejne 15-20km to był prawdziwy cud! Szlak technicznie bardzo trudny- kamienie, washouts, wyłomy, zjazdy i podjazdy- ale satysfakcja i radość z jazdy po prostu dzikie! Hamulce były na granicy przegrzania, ciało reagowało wręcz instynktownie, a moja bikerska dusza śpiewała ze szczęścia! Potem zrobiło się się już mniej ciekawie, pojawiły się corrugations, a sama okolica stała się bardziej monotonna i surowa. Nie mając nic innego do roboty i nie mogąc znaleźć choćby odrobiny sensownego cienia, jechałem dalej. W okolicy W3A szlak skręcił na zupełnie nowy odcinek, przejechany dopiero przez kilka samochodów. Zero corrugations, za to mnóstwo drobnego pyłu, bardzo grzązkie sekcje i trudne przejazdy przez wyschnięte potoki. Do tego byłem już bardzo zmęczony. Mimo to przed 5 dowlokłem się do W3. Odpoczywam. Zjadłem kolację i porządnie wyczyściłem zalepiony pyłem łańcuch. Strząsnąłem tony bulldust z roweru i sakw, wytrzepalem ciuchy. To mój przedostatni nocleg na szlaku. O dziwo, zamiast radości czuję żal, że ta niezwykła przygoda zaraz się skończy. Będzie mi brakowało studni, kangurów, jaszczurek, pustynnych wschodów i zachodów słońca. Będzie brakowało samotności... Ta wyprawa zmieniła we mnie więcej, niż kiedykolwiek przypuszczałem.




2.10.2005 niedziela
trp 75 km
avg 12,15 km/h

 stp 6,06h
max 21,4 km/h
Ta chwila musiała nadejść, nie spodziwałem się jednak, że będzie tak... smutna. Dziś równo o 17:00 wjechałem z szlaku CSR na szutrową drogę do Wiluny. Szlak do samego końca nie pozwalał odpuścić- były kamienne płaskowyże, głęboki piach i potężne corrugations, nie ustępujące tym koło Kunawarritji. Do pełnej powtórki atrakcji zabrakło chyba tylko wydm. W2A okazała się być zielonym bajorem wśród skał, więc dłuższej przerwy w południe nie było. Zaciskając zęby ruszyłem dalej. Po 15km spotkałem dwóch facetów w w 4WD, z zapałem wcinających ciastka domowej roboty. Poczęstowali mnie i musze przyznać, że tak cudownych ciach już dłuuugo nie jadłem! Nawet corrugations stały się jakby bardziej znośne. Do W2 dopadłem już na resztkach dobrej wody, nabranej jeszcze w W6. Z radością uzupełniłem zbiorniki, odpocząłem i uznałem, żeby dociągnąć do jednak do drogi, bo okolica W2 była zbyt kamienista i odsłonięta na nocleg, a pompa wiatrowa hałasowała niemiłosiernie. 2,5km dalej byłem już na skrzyżowaniu z drogą do Wiluny- szeroką, gładką szutrówką! Przy zjeździe z CSR stała znajoma ze zdjęć tablica ostrzegawcza:
"No water, fuel or services between Wiluna and Halls Creek, over 1900km in length"
Licznik na rowerze przeskoczył 2000km. A ja czułem tylko dziki smutek. Obóz rozbiłem w krzakach opodal drogi. Obrałem otrzymaną kilka dni temu pomarańczę. Smakowała rozkosznie! Na skórkach ugotowałem herbatę. Coś się skończyło, teraz przyjdzie czas na refleksje. Jutro do zrobienia 37km do Wiluny. I koniec?




3.10.2005 poniedziałek
trp 53 km
avg 16,8 km/h

 stp 3,10h
max 30,6 km/h
Wstałem wcześnie rano, przygotowałem śniadanie i ruszyłem do osady Kukabudda, odległej o nieco ponad 7km. Poprzedniego wieczora zaprosił mnie tam Aborygen imieniem Neville, wracając z polowania. Korzystając z gościny przesympatycznej rodziny (4 pokolenia!) posiliłem się świeżym mięsem kangura i ogonem goanny. Oba wyśmienite. Pokazałem zdjęcia ze szlaku i zrobiłem kilka nowych, które obiecałem przesłać z NZ. Wszystko to trwało może pół godziny, po czym znowu byłem w drodze. Ta, z wyjątkiem kilku odcinków, była fenomenalnie szybka. Zapomniałem już, że rower może jechać po płaskim ponad 20km/h. Ok. 10:20 dotarłem do zjazdu ku W1. Opis trzykilometrowego szlaku jako bardzo ciężkiego okazał się trafny, ale nie dla roweru, dla którego zawsze znajdowałem ścieżkę między przeszkodami. Przy studni zjadlem resztki goanny i popłuczyny z ostatniej porcji beef teryaki [w sakwach nie zostało już nic do jedzenia]. W połowie drogi powrotnej łapię gumę! Zaraz po zatrzymaniu dostrzegam wystający z opony kolec, ale zgodnie z kodem good practice sprawdzam dokładnie całą oponę, znajdując kolejne dwa!! Tym sposobem zostaję na placu boju z jedną niezużytą łatką... Zbieram sprzęt do kupy i niemal równo o 12 wjeżdżam do Wiluny. Asfalt! Najpierw na Policję. W klimatyzowanym pomieszczeniu siedzą trzy osoby:
- Chciałem wyrejestrować się z CSR
- Ok. Jaki numer tablic rejestracyjnych?
- Nie mam tablic...
- Każdy samochód musi mieć tablice!
- Nie mam samochodu... W tym momencie pani najwyraźniej dostrzega oparty o szybę rower, bo chwilowo odbiera jej mowę. Kilkakrotnie upewniam się, żeby zadzwonili do Halls Creek i Kunawarritji i potwierdzili, że dotarłem. Teraz na truck depot. Niezbyt miły facet stwierdza, że na truck'a do jakiegoś dużego miasta nie ma szans. Uuuu... nie za dobrze. OK wreszcie sklep! Nie mogę uwierzyć w jedzenie na półkach. Chodzę i podziwiam. Ostatecznie wybieram wymarzony chleb, salami, a potem... zupki chińskie, makaron, masło orzechowe i cukier. Czyli to co na wyprawę... Czuję, że organizm zbiera siły na coraz bardziej prawdopodobne kilkaset kilometrów do najbliższego miasta. Na koniec dorzucam jeszcze do zakupów flaszeczkę ulubionego piwa imbirowero Bundaberg. Rozkładam się pod sklepem i jem, pierwszy raz bez patrzenia na ilość. Smaku chleba i ginger beer nie sposób wprost opisać! Wilunę obiega wiadomość o świrze pod sklepem. Przechodzący ludzie patrzą się ciekawie. Po chwili zagaduje mnie kobieta znana jako Mrs T, i zaprasza do siebie. W domu staję na wadze- 54kg. Schudłem 18kg... Jadę na pocztę, gdzie bardzo miła Terry najpierw wymienia mocny uścisk ręki, a zaraz potem obiecuje pomoc w dotarciu do Perth, bierze baterie do naładowania, przekazuje wysłaną z Halls Creek pakę z pokrowcem i sprzedaje kartę, z której za chwilę zadzwonię do domu. Niestety za $10 mam tylko 10 minut- niewiele lepiej niż z satelity.
Jest wieczór. Rodzina Mrs T udzieliła mi gościny na tak długo, jak długo będzie trzeba. Regeneruję siły. Mobilizacja, która trzymała mnie w jednym kawałku przez całą wyprawę wreszcie opada, w efekcie czego ledwo się ruszam. Jem i boję się, że mój żołądek tego nie zniesie :) Dwie kromki chleba zapychają mnie całkowicie, więc wcinam małe porcje dosłownie co pół godziny. Zjadłem dziś, pół chleba tostowego, 3cm salami, miseczkę płatków owsianych z cukrem, trochę makaronu z warzywami, plaster ogórka i liść sałaty, pomarańczę, 2 łyżki masła orzechowego, kilka orzechów. Wypiłem sporo wody i jedno piwo imbirowe. To całe mnóstwo!! Wziąłem prysznic. Trochę przestraszyłem sie odbicia w lustrze- wyglądałem jak spreparowany na wykład z anatomii. Skóra, mięśnie i kości, wychudła twarz z burzą włosów. Dziś noc wielkiego odpoczynku. Jutro powinno się wyjaśnić, jakie są plany odnośnie podróży do Perth.

c.d.n.




4.10.2005 wtorek
trp 1200 km
avg 105 km/h

 stp 9h
max 120 km/h
Obudziłem się jak zwykle przed wschodem słońca. Z ulgą pomyślałem, że nie muszę dzisiaj nigdzie jechać. Kerry powiedziała, że we wtorki przyjeżdża do Wiluny pociąg drogowy z zaopatrzeniem. Obiecała pogadać z kierowcami i kazała przyjść koło 12, żeby dowiedzieć się jak sprawy stoją. Mając sporo czasu do południa wskoczyłem na rower i ruszyłem na zwiedzanie okolicy. Polowe lotnisko, cmentarz pionierów, kopalnie... nic specjalnego. W południe zgodnie z umową byłem pod pubem Kerry. Właśnie trwał rozładunek ciężarówki, ale Kerry nie miała czasu porozmawiać z kierowcą. Kazała przyjść za 1,5h. Poszedłem do sklepu kupić produkty na polskie naleśniki dla moich gospodarzy, po czym wróciłem do pubu. Kerry wyjrzała z biura i krzyknęła:
- Chłopcy zgodzili się zabrać cię do Cargoorlie, 6 godzin jazdy stąd. Wyjeżdżają za 20 minut.
Zaniemówiłem. Wiadomość była wspaniała, ale 20 minut??!! Złożenie roweru do pokrowca zajmowało dwa razy tyle! Biegiem poleciałem do domu i zacząłem gorączkowe pakowanie. 15 minut później cały majdan upchany był już w pokrowcu o wymiarach 110cm x 70cm x 35cm. Najbardziej było mi żal, że nie dam rady pożegnać się ze swoimi gospodarzami, którzy rano wyjechali do pracy. Ku mojemu zdziwieniu Ilimo i Vani pojawili się nagle w drzwiach! Okazało się, że zapomnieli zabrać coś z domu! Także dla nich informacja o moim pospiesznym wyjeździe była pełnym zaskoczeniem. Wyściskaliśmy się, zrobiliśmy wspólne zdjęcie, a chwilę potem pod dom podjechała Kerry: Gotowy?! Wkrótce byliśmy na truck depot, gdzie przy zakurzonym stoliku kierowcy dopijali kawę. Po krótkiej rozmowie okazało się, że chłopaki mogą zabrać mnie nie tylko do Cargoolie, ale do samego Perth! Wooohoo!! Ciężarówka była gotowa do drogi. Zaprzęg składający się z trzech naczep miał długość 36 metrów i ważył blisko 120 ton! Zajęliśmy miejsca w kabinie, a chwilę potem rozległ się świst pneumatycznego rozrusznika i 700-konna maszyna obudziła się do życia. Ostatni rzut oka na wskazania komputera pokładowego i mogliśmy ruszać. Ciężarówka powoli wspinała się do przelotowej prędkości 110km/h. Następny przystanek za 700km. Za szybami prześlizgiwał się spalony słońcem krajobraz. Na odtwarzaczu zmienialiśmy DVD z filmami. Poza wyrobiskami kopalń brak było jakichkolwiek śladów obecności człowieka. Zastanawiałem się, ile czasu zajęłoby mi przejechanie tej trasy rowerem :) Około północy dotaliśmy na depot w Cargoolie. 15 minut na siku i kawę, zmiana kierowców i dalej w drogę.
- Zablokuj drzwi. Ludzie wypadają przez sen. - zasugerował Lennie, wrzucając do odtwarzacza płytkę z filmem "Speed". Ok. 4 rano wjechaliśmy na przedmieścia Perth i zaczęliśmy wywoływać przez telefon Adama Murchę, który obiecał przejąć mnie po wyprawie. Niestety pod wszystkimi numerami odpowiadała tylko automatyczna sekretarka. Nie chcąc zostawiać mnie w nocy i na deszczu, chłopaki dogadali się z innym kierowcą, który właśnie jechał na krótką trasę, aby zabrał mnie ze sobą i "przetrzymał" do świtu. Z Chrisem przegadaliśmy całą drogę, po czym zostałem podrzucony pod sam warsztat Adama. Wyprawa dobiegła końca!